Michaił Bułhakow - Organy i kot lyrics

Published

0 138 0

Michaił Bułhakow - Organy i kot lyrics

O godz. 10 rano dnia następnego Korotkow, zagotowawszy naprędce herbaty, wypił bez apetytu ćwierć szklanki i czując, że czeka go trudny, pełen kłopotów dzień, opuścił swój pokój i przebiegł we mgle przez mokre asfaltowe podwórze. Na drzwiach oficyny było napisane: „Domowy”. Ręka Korotkowa już wyciągnęła się ku guzikowi, gdy oczy jego przeczytały: „Z powodu śmierci świadectw nie wydaje się”. — Ach ty, Boże — z przykrością wykrzyknął Korotkow — cóż to za niepowodzenie na każdym kroku. — I dodał — No, zatem z dokumentami potem, a teraz do Spimatu. Trzeba dowiedzieć się, jak i co. Być może, Czekuszyn już wrócił. Pieszo, gdyż pieniądze wszystkie były ukradzione, Korotkow dotarł do Spimatu i, przeszedłszy westybul, skierował swe kroki prosto do kancelarii. Na progu kancelarii zatrzymał się i otworzył usta. Ani jednej znajomej twarzy w sali kryształowej nie było. Ani Drozda, ani Anny Jewgrafowny, słowem — nikogo. Przy biurkach, przypominając już nie wrony na drucie, a trzech sokołów Aleksego Michajłowicza, siedziało trzech zupełnie jednakowo wygolonych blondynów w jasnoszarych kraciastych garniturach i jedna młoda kobieta z marzącymi oczyma i brylantowymi kolczykami w uszach. Młodzi ludzie nie zwrócili na Korotkowa żadnej uwagi, i w dalszym ciągu skrzypieli w księgach głównych, a kobieta zrobiła do Korotkowa oczko. Kiedy zaś w odpowiedzi na to uśmiechnął się w roztargnieniu, ta pogardliwie uśmiechnęła się i odwróciła. „Dziwne”, pomyślał Korotkow i, zaczepiwszy się o próg, wyszedł z kancelarii. Przy drzwiach swego pokoju zawahał się, westchnął, patrząc na stary drogi napis: „Referent”, otworzył drzwi i wszedł. Światło natychmiast zbladło w oczach korotkowskich i podłoga leciutko zakołysała się pod nogami. Przy biurku korotkowskim, rozpostarłszy łokcie i wściekle smarując piórem, siedział w swojej własnej osobie Kalsoner. Fryzowane błyszczące włosy okrywały pierś jego. Zbrakło tchu Korotkowi, podczas gdy patrzał na lakierowaną łysinę nad zielonym suknem. Kalsoner pierwszy przerwał milczenie. — Co sobie życzycie, towarzyszu? — uprzejmie zagruchał falsetem. Korotkow kurczowo oblizał usta, zaczerpnął w wąskie piersi moc powietrza i rzekł ledwie dosłyszalnie: — Khm… jam, towarzyszu, tutejszy referent… To jest… no tak, jeżeli pamiętacie rozkaz. Zdumienie zmieniło ostro górną część twarzy Kalsonera. Jasne brwi jego podniosły się i czoło zamieniło się na harmonijkę. — Przepraszam — odpowiedział grzecznie — tutejszy referent to ja. Czasowe oniemienie ogarnęło Korotkowa. Kiedy minęło, wyrzekł takie słowa: — A jakżeż? Wczoraj, to jest. Ach, no tak. Darujcie, proszę bardzo. Zresztą poplątałem. Proszę bardzo. Wyszedł tyłem z pokoju i na korytarzu rzekł do siebie ochryple: — Korotkow, przypomnij sobie, jaka to dziś data? I sam sobie odpowiedział: — Wtorek, tj. piątek. Tysiąc dziewięćset. Odwrócił się i natychmiast przed nim wybuchły na ludzkiej kuli ze słoniowej kości dwie lampki korytarzowe i wygolona twarz Kalsonera zasłoniła cały świat. — Dobrze! — zagrzmiała miednica i kurcz skręcił Korotkowa — czekam na was. Znakomicie. Rad jestem poznajomić się. Z tymi słowy podsunął się do Korotkowa i tak uścisnął mu rękę, że ten stanął na jednej nodze, zupełnie jak bocian na dachu. — Personel rozpędziłem — szybko, oderwanie i z powagą mówił Kalsoner — Dwoje tam — wskazał na drzwi do kancelarii — i, ma się rozumieć, Manieczka. Wy: mój pomocnik. Kalsoner, referent. Dawnych wszystkich po szyi. I idiota Pantelejmon także. Mam informacje, że był lokajem w Róży Alpejskiej. Natychmiast pobiegnę do oddziału, a wy tymczasem napiszcie z Kalsonerem wniosek co do wszystkich i w szczególności co do tego, jak go… Korotkowa. A propos: wy jesteście trochę podobni do tego szubrawca. Tylko u tego oko podbite. — Ja? Nie — rzekł Korotkow, chwiejąc się i z obwisłą szczęką — jam nie szubrawiec. Ukradziono mi wszystkie dokumenty. Co do jednego. — Wszystkie? — wykrzyknął Kalsoner — głupstwo. Tym lepiej. Wpił się w rękę ciężko dyszącego Korotkowa i przebiegłszy przez korytarz, wciągnął go do tajemniczego gabinetu i rzucił na pulchne krzesło skórzane, a sam usiadł przy biurku. Korotkow, wciąż jeszcze czując dziwne kołysanie się podłogi pod nogami, najeżył się i zamknąwszy oczy, zamruczał: „Dwudziestego był poniedziałek, znaczy się wtorek, dwudziesty pierwszy. Nie. Co ja? Dwudziesty pierwszy rok. Wychodzący Nr 0,15, miejsce do podpisu pauza Warfołomiej Korotkow. To znaczy ja. Wtorek, środa, czwartek, piątek, sobota, niedziela, poniedziałek. I poniedziałek na pe i piątek na pe, a niedziela… niedzzz… na es, jak i środa…”. Kalsoner z trzaskiem podpisał się na papierze, przywalił na nim pieczęć i wetknął mu. W tej chwili wściekle zadzwonił telefon. Kalsoner porwał za słuchawkę i zawrzeszczał w nią: — Aha! Tak. Tak. W tej chwili przyjeżdżam. Podbiegł do wieszaka, zerwał z niego czapkę, przykrył nią łysinę i znikł w drzwiach z pożegnalnymi słowami: — Czekajcie na mnie u Kalsonera. Wszystko stanowczo zakręciło się w oczach Korotkowa, kiedy przeczytał napisane na papierze ze stemplem: „Okaziciel niniejszego rzeczywiście jest moim pomocnikiem, tow. Wasilij Pawłowicz Kołobkow, co rzeczywiście jest prawdą. Kalsoner”. — O-o! — jęknął Korotkow, upuszczając na podłogę papier i czapkę — cóż to się takiego wyrabia? W tejżeż chwili drzwi zaśpiewały piskliwie i Kalsoner powrócił ze swoją brodą. — Kalsoner już uciekł? — cienko i łagodnie spytał Korotkowa. Światło wokoło zagasło. — A-a-a… — zawył, nie zniósłszy tortury, Korotkow i nie wiedząc, co czyni, poskoczył ku Kalsonerowi, wyszczerzywszy zęby. Przerażenie odbiło się na twarzy Kalsonera do tego stopnia, że od razu zżółkł. Naparłszy tyłem na drzwi, z hałasem otworzył je, przewrócił się w korytarzu, nie powstrzymawszy się, usiadł w kucki, lecz natychmiast wyprostował się i począł uciekać z krzykiem: — Woźny! Woźny! Na pomoc! — Stójcie. Stójcie. Proszę was, towarzyszu… — oprzytomniawszy zawołał Korotkow i pobiegł w ślad za nim. Zagrzmiało coś w kancelarii i sokoły zerwali się jak na komendę. Marzycielskie oczy kobiety zabiegały przy maszynie. — Będą strzelać. Będą strzelać! — rozległ się jej krzyk histeryczny. Kalsoner pierwszy wypadł do westybulu na platformę z organami, przez sekundę zawahał się, gdzie uciekać, szarpnął się i ostro ściąwszy kąt, znikł za organem. Korotkow pobiegł za nim, pośliznął się i na pewno rozbiłby sobie głowę o poręcz, gdyby nie olbrzymia, krzywa i czarna korba, stercząca z żółtego boku. Schwytała ona połę palta Korotkowa, zgniły szewiot z cichym piskiem rozleciał się i Korotkow miękko usiadł na zimnej podłodze. Drzwi bocznego przejścia za organami z trzaskiem zamknęły się za Kalsonerem. — Boże… — zaczął Korotkow i nie skończył. W olbrzymiej skrzyni z zakurzonymi miedzianymi trąbami dał się słyszeć dziwny dźwięk, jakby pękła szklanka, potem zakurzone, wewnętrzne mruczenie. Potem dźwięczny akord majorowy, rzeźwiący pełnej krwi strumień, i cała żółta trzypiętrowa skrzynia zagrała, przesypując wewnątrz zaległości zastałego dźwięku: Huczał, płonął pożar moskiewski… W czarnym kwadracie drzwi nagle ukazała się blada twarz Pantelejmona. Mgnienie, i w niej zaszła metamorfoza. Oczki jego błysnęły zwycięskim blaskiem, wyprostował się, wstrząsnął prawą ręką przez lewą, jakby przerzucił niewidzialną serwetkę, zerwał się z miejsca i bokiem, ukośnie, jak przyprzężny koń, stoczył się ze schodów, zaokrągliwszy ręce, zupełnie jakby niósł w nich tacę z filiżankami. Dym rozścielał się po rzece… — Com ja narobił? — przeraził się Korotkow. Maszyna, przekręciwszy pierwsze zastałe fale, poszła równo, tysiącgłosym lwim rykiem i dzwonem napełniając puste sale Spimatu. A na murach bram kremlowych… Przez wycie i grzmot, i dzwony przedarł się sygnał samochodu i natychmiast Kalsoner powrócił przez główne wejście — Kalsoner wygolony, mściwy i groźny. W złowieszczym błękitnawym błysku zręcznie zaczął wchodzić po schodach. Włosy poruszyły się na głowie Korotkowa i, wykręciwszy się przez boczne drzwi, krzywymi schodami za organami, wybiegł na zasłane gruzem podwórze, a potem na ulicę. Jak w ucieczce, pobiegł ulicą, słuchając, jak w ślad za nim głucho huczał gmach Róży Alpejskiej: Stał on w szarym surducie… Na rogu dorożkarz, wymachując batem, wściekle szarpał klacz z miejsca. — Boże! Boże! — burzliwie załkał Korotkow — znów on! Lecz cóż to jest? Kalsoner brodaty wyrósł z jezdni przed dorożką, wskoczył do niej i zaczął walić dorożkarza w plecy, powtarzając cieniutkim głosikiem: — Pędź! Pędź, łajdaku! Klacz szarpnęła, zaczęła wierzgać kopytami, potem pod palącymi uderzeniami bata poniosła, napełniając turkotem ekwipażu ulicę. Przez burzliwe łzy Korotkow widział, jak zleciał lakierowany kapelusz dorożkarza, a spod niego rozleciały się w różne strony, wirując, banknoty. Chłopcy z gwizdaniem przemknęli za nimi. Dorożkarz, odwróciwszy się, w rozpaczy ściągnął lejce, lecz Kalsoner wściekle zaczął walić go w plecy z wrzaskiem: — Jedź! Jedź! Ja zapłacę. Dorożkarz, wykrzyknąwszy rozpaczliwie: — Eh, wasze zdrowie, ginąć czy co? — puścił klacz galopem i wszystko znikło za rogiem. Łkając, Korotkow spojrzał na szare niebo, szybko mknące nad głową, zachwiał się i zawołał boleściwie: — Dosyć. Tak nie zostawię tego! Ja go zdemaskuję. — Skoczył, uczepił się pałąka tramwaju. Pałąk pochwiał nim przez pięć minut i zrzucił przy dziewięciopiętrowym zielonym gmachu. Wbiegłszy do westybulu, Korotkow wsunął głowę w czworokątny otwór w drewnianej przegrodzie i spytał olbrzymi niebieski czajnik: — Gdzie biuro zażaleń, towarzyszu? — 8 piętro, 9 korytarz, lokal nr 41, pokój 302 — odpowiedział czajnik kobiecym głosem. — Ósme, dziewiąty, czterdzieści jeden, trzysta… trzysta… ile tam… 302 — mruczał Korotkow, wbiegając po szerokich schodach — ósme, dziewiąty, ósmy… stop, 40… nie, 42… nie, 302 — beczał — ach, Boże, zapomniałem… tak, 40, czterdziesty… Na ósmym piętrze minął troje drzwi, zobaczył na czwartych czarną cyfrę „40” i wszedł do olbrzymiej, z dwustronnym oświetleniem sali z kolumnami. W kątach jej leżały role papieru i cała podłoga usiana była zapisanymi strzępkami papieru. W oddaleniu majaczył stolik z maszynką i złocista kobieta, cicho nucąc piosenkę, podparłszy policzek piąstką, siedziała przy nim. Z roztargnieniem obejrzawszy się, Korotkow zobaczył, jak z estrady za kolumnami zeszła, ciężko stąpając, masywna postać mężczyzny w białym kontuszu. Siwe obwisłe wąsy widniały na jego twarzy marmurowej. Mężczyzna, uśmiechając się niezwykle uprzejmym, martwym gipsowym uśmiechem, podszedł do Korotkowa, czule uścisnął mu rękę i rzekł, stuknąwszy obcasami: — Jan Sobieski. — Nie może być… — odpowiedział zdumiony Korotkow. — Wyobraźcie sobie, wielu się zdumiewa — przemówił z niewłaściwymi akcentami — lecz wy nie myślcie, że ja mam cośkolwiek wspólnego z tym bandytą. O, nie. Gorzkie skojarzenie, nic więcej. Już podałem prośbę o zatwierdzenie mego nowego nazwiska: Socwosski. To znacznie piękniejsze i nie tak niebezpieczne. Zresztą, jeżeli panu nieprzyjemnie — mężczyzna obraźliwie wykrzywił usta — nie narzucam się. My zawsze znajdziemy ludzi. Nas szukają. — Zlitujcie się, co wy — boleściwie wykrzyknął Korotkow, czując, że i tu zaczyna się coś dziwnego, jak i wszędzie. Obejrzał się wzrokiem szczutego zwierzęcia, obawiając się, że skądkolwiek wynurzy się ogolona twarz i łysina-skorupa, a potem dodał, jakby sukiennym językiem — bardzo jestem zadowolony, bardzo… Pstry rumieniec ledwie wystąpił na marmurowym człowieku: delikatnie podnosząc rękę Korotkowa, pociągnął go ku stolikowi, przemawiając: — I jam bardzo zadowolony. Lecz oto bieda, wyobraźcie sobie: nie mam nawet gdzie was posadzić. Trzymają nas w ciasnocie, nie zważając na całe nasze znaczenie — mężczyzna machnął ręką na rolki papieru. — Intrygi… No-o, my rozwiniemy się, nie niepokójcie się… Hm… Czymżeż wy uradujecie nas nowym? — łagodnie spytał bladego Korotkowa — Ach, tak, przepraszam, przepraszam tysiąckrotnie, pozwólcie zaznajomić was — wytwornie machnął ręką w kierunku maszynki: Henrieta Potapowna Piersimfans. Kobieta natychmiast uścisnęła chłodną ręką Korotkowa i popatrzyła na niego mdlejącym wzrokiem. — I tak — słodko ciągnął gospodarz — czymżeż wy nas uradujecie? Felieton? Szkice? — przewróciwszy białe oczy, przeciągnął — nie możecie sobie wyobrazić, do jakiego stopnia są one nam potrzebne. „Caryco niebieska… co to takiego?” — jak w mgle pomyślał Korotkow, potem przemówił, kurczowo chwytając powietrze: — U mnie… e… zaszło coś strasz-nego. On… Ja nie rozumiem. Nie pomyślcie, na miłość boską, że to halucynacja… Khm… ha… hha… — Korotkow spróbował roześmiać się sztucznie, lecz to mu się nie udało. — On jest żywy. Zapewniam was… lecz ja nic nie rozumiem, to z brodą, a po minucie bez brody. Wprost nie rozumiem… głos zmienia… Oprócz tego ukradli mi dokumenty wszystkie, co do jednego, a domowy, jak na grzech, umarł! Ten Kalsoner… — Takiem ja i wiedział — zawołał gospodarz — to oni? — Och, mój Boże, no, rozumie się — odezwała się kobieta — ach, ci straszni Kalsonerzy. — Wy wiecie — przerwał gospodarz wzburzonym głosem — ja przez niego siedzę na podłodze. Ot, zachwycajcie się. Lecz, co on rozumie w dziennikarstwie?… — gospodarz schwytał Korotkowa za guzik — bądźcie tak dobrzy, powiedzcie, co on rozumie? Dwa dni tu przebył i zupełnie mnie zamęczył. Lecz, wyobraźcie sobie, szczęście. Jeździłem do Fiedora Wasilj**icza i ten w końcu zabrał go. Postawiłem kwestię ostro: ja albo on. Przenieśli go do jakiegoś Spimatu, czy diabli go jeszcze wiedzą, gdzie. Niech śmierdzi tam tymi zapałkami. Lecz meble, meble, zdążył przekazać do tego przeklętego biura. Wszystkie. Czy nie spodoba się? Na czym ja, pozwólcie dowiedzieć się, pisać będę? Na czym wy będziecie pisać? Gdyż ja nie wątpię, że wy będziecie nasz, drogi. — gospodarz uściskał Korotkowa. — Prześliczne meble atłasowe Ludwik czternasty ten łobuz nieodpowiedzialnym zarządzeniem zepchnął do tego głupiego biura, które jutro wszystko jedno zamkną, do diablej matki. — Jakie biuro? — głucho spytał Korotkow. — Ach, a to tam zażalenia czy jak je tam — z przykrością rzekł gospodarz. — Jak to? — krzyknął Korotkow. — Jak to? Gdzie ono? — Tam — ze zdumieniem odrzekł gospodarz i wskazał ręką na podłogę. Korotkow po raz ostatni obrzucił oszalałymi oczyma biały kontusz i po minucie znalazł się w korytarzu. Po chwilowym namyśle, pobiegł na lewo, szukając schodów na dół. Biegł z pięć minut, podążając wymyślnymi wygięciami korytarza i po pięciu minutach znalazł się w tym samym miejscu, skąd wybiegł. Drzwi nr 40. — Ach, czort! — jęknął Korotkow, podreptał i pobiegł na prawo, i po 5 minutach znów był w tym samym miejscu. Nr 40. Szarpnąwszy drzwi, Korotkow wbiegł do sali i przekonał się, że ta była pusta. Tylko maszynka uśmiechała się milcząco na stole białymi zębami. Korotkow podbiegł do kolumnady i tam zobaczył gospodarza. Stał ten na piedestale, już bez uśmiechu i z obrażoną twarzą. — Przepraszam, że się nie pożegnałem… — zaczął Korotkow i umilkł. Gospodarz stał bez ucha i nosa, i lewa ręka jego była odłamana. Cofając się tyłem i drżąc z zimna, Korotkow wybiegł znów na korytarz. Niedostrzegalne ukryte drzwi naprzeciwko naraz otworzyły się i wyszła z nich pomarszczona brązowa baba z pustymi wiadrami na nosidłach. — Babo! Babo! — niespokojnie zawołał Korotkow — gdzie jest biuro? — Nie wiem, ojczulku, nie wiem, karmicielu — odpowiedziała baba — lecz ty nie biegaj, kochanku, wszystko jedno nie znajdziesz. Czyż możebne: dziesięć piętrów… — U-u… g-głupia — zacisnąwszy zęby, ryknął Korotkow i pobiegł ku drzwiom. Zatrzasnęły się one za nim i Korotkow znalazł się w małej na wpół ciemnej przestrzeni bez wyjścia. Rzucając się na ściany i drapiąc je, jak zasypany w szachcie, w końcu nacisnął na białą plamę i ona wypuściła go na jakieś schody. Drobno stukając, pobiegł na dół. Dały mu się słyszeć kroki na spotkanie z dołu. Przykry niepokój ścisnął serce Korotkowa i zaczął się zatrzymywać. Jeszcze mgnienie i — i pokazała się wspaniała czapka, mignęła szara kołdra i długa broda. Korotkow zachwiał się i uczepił rękoma poręczy. Jednocześnie skrzyżowały się spojrzenia i obydwaj zawyli cienkimi głosami strachu i bólu. Korotkow tyłem począł się cofać w górę, Kalsoner cofnął się w tył, pełen niepojętego przerażenia. — Poczekajcie — zaskrzypiał Korotkow — minutkę… wy tylko wyjaśnijcie… — Ratujcie! — zaryczał Kalsoner, zmieniając cienki głos na pierwotny swój miedziany bas. Potknąwszy się, z hukiem upadł w tył głową: uderzenie nie przeszło mu darmo. Zamieniwszy się w czarnego kota z fosforycznymi oczyma, wyleciał z powrotem, błyskawicznie i aksamitnie przeciął platformę, zwinął się w kłębek i skoczywszy na deskę okienną, znikł w rozbitej szybie i pajęczynie. Biała zasłona na mgnienie zaciągnęła mózg korotkowski, lecz natychmiast opadła i nastąpiło niezwykłe przejaśnienie. — Teraz wszystko rozumiem — szepnął Korotkow i cichutko roześmiał się — aha, zrozumiałem. Ot, co jest. Koty! Wszystko zrozumiałe. Koty! Zaczął śmiać się coraz głośniej i głośniej, dopóki całe schody nie napełniły się głuchymi grzmotami.